sobota, 27 czerwca 2009

Wielbiciel jest współczujący

Damo mnie dzisiaj rozczulił... Od rana oglądał zdjęcia z Ratha-yatry na komputerze i wśród nich zobaczył zdjęcie bhakty "Wicherka" - niezręcznie mi tak pisać, ale nawet nie wiem, jak ten wielbiciel ma na imię...

Damo zwrócił na niego uwagę, kiedy byliśmy ostatnio na programie we wrocławskiej świątyni. Gdy była uczta, był on jednym z ostatnich w kolejce po prasadam. Nie starczyło nawet dla niego wszystkich potraw. Kiedy juz dostał swoją tackę, okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte. Rozglądał się jakiś czas mówiąc do siebie, że ma chore plecy i musi usiąść. W końcu dostrzegł miejsce na ławce i poszedł tam ze swoim talerzem. Na stole został jego kubek po jogurcie z piciem. I właśnie Damodarka poprosił, żeby ten kubek mu podał.
Dziś Damo oglądając to zdjęcie przypomniał sobie o tym bhakcie. Było mu bardzo przykro, że ten bhakta ma takie schorowane ciało, że nie ma kto się nim zaopiekować, że nie ma samochodu, że pomimo swojej niepełnosprawności musi pracować, i nawet to, że picie miał w tym plastikowym kubku po jogurcie, a nie w normalnym kubku. Kiedy mówił to wszystko, jego oczy wypełniły się łzami, które powoli zaczęły kapać po policzkach, a jego głos się łamał. Wypytywał mnie o tego bhaktę, mówiłam mu to, co wiedziałam, a na jego temat niewiele wiem... Damo pytał, czemu ten bhakta nie mieszka w świątyni, gdzie mogliby się nim zaopiekować bhaktowie, tylko jest zdany na siebie. Dlaczego nikt z bhaktów nie przyjmie go do siebie do domu?... Mówił: "Przecież do nas nieraz bhaktowie przyjeżdżają na kilka dni...". Zastanawiał się, co by było, gdyby ten bhakta miał jechac autobusem i np. wsiadając przewróciłby się, kto by mu pomógł... Bardzo go poruszyła samotność, a szczególnie samotność niepełnosprawnego człowieka. Mówiłam mu o tym, że to, co może zrobić teraz dla tego bhakty, to modlić się do Kryszny o opiekę nad nim. On jednak nie mógł powstrzymać płaczu. Mówił, że chciałby tam jeździć jak najczęściej i przywozić temu bhakcie jedzenie, pomagac mu jakoś. W końcu poszedł przed ołtarzyk i modlił się do Pana. Nie słyszałam tego, co mówił, ale później powiedział mi o tym. Dobre serduszko ma ten mój mały wielki chłopczyk... Kochane dzieci dałeś mi Kryszno...

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Ciekawy artykuł o wpływie telewizji na dzieci

 
 
Posted by Picasa

Mydło numer dwa

Wczoraj zrobiłam po raz drugi mydło.
Przepis:
olej kokosowy 100g
olej palmowy 100g
oliwa z oliwek 50g
wodor.sodu 37,51g
woda 90g
max. zapachu 10ml
Podzieliłam na dwie części i jako barwnik do jednej dałam spirulinę - super się połączyło, jutro sprawdzimy jak z konsystencją + olejek opium; do drugiej jako barwnik karob + olejek waniliowy - i tu porażka: karob nie nadaje się jako barwnik - mydło się zważyło. Ale jutro też sprawdzimy konsystencję.
Mam nadzieję, że tym razem będzie twarsze niż poprzednie mydełko.
No i pomagał mi Kedzio, mimo tego, że musiał iść na 5.00 do pracy, z nim poszło szybciej:)
A wcześniej z Damkiem podglądaliśmy jeża na podwórku sąsiadów:)

wtorek, 16 czerwca 2009

Ratha Yatra



Wspaniałe wydarzenie, oby stało się ono częścią naszego życia każdego kolejnego roku. Choć sami za dużo nie dołożyliśmy do organizacji tego przedsięwzięcia, czuję, że my też byliśmy w jakiś sposób częścią tego wydarzenia.
Damek tak bardzo chciał coś robić na festiwalu. Gdy tylko zobaczył flagi, od razu powiedział, że chciałby nieśc jedną. Kiedy podeszłam do Vraja Priyi zapytać, czy mógłby nieść flagę, wtedy podszedł Dominik i sam mu to zaproponował! Damo był przeszczęśliwy:)))

W czasie Ratha Yatry, gdy wóz ruszył, Damek wpadł w rozpacz, że nie ma flag, nigdzie ich nie było widać. Wysłałam Kedzia, żeby poszukał, ale nie znalazł. Damek marudził niemiłosiernie. Wówczas do akcji wkroczyła nasza kochana Madziczka, która przyniosła pęk flag do rozdania bhaktom. Damek niósł jedną z nich z radością. Uciekł mi nawet pomiędzy sznury i tam sobie dzielnie nią wymachiwał.

Później jego pragnienie znowu zwyciężyło - choć ja myślałam, że to nie dojdzie do skutku, a nawet byłam przeciwna temu - dogadał się z Gaurangą i kimś tam jeszcze, że może siedzieć na scenie podczas występu. No i siedział!

Za dużo nie śpiewał, raczej obserwował co się dzieje dookoła. Wszystko było takie interesujące poza śpiewem :DDDD I dym buchający na scenie, i widzowie itd itp... Pokazywałam mu, jak na mnie spojrzał, żeby śpiewał, wtedy na chwilę otwierał usta, ale zaraz wracał do swojego obserwowania :DD Dobrze, że nie dłubał w nosie, tak jak kiedyś przed Sacinandanem Swamim. Kiedy Maharaj przyjechał do Simhacalam Damek gapił się na niego stojąc tuż przed nim i dłubiąc non stop w nosie. Widać, że dorośleje ;)
Guru Maharaj zapytał go na scenie, co mają śpiewać, a Damek dłuuuugo się zastanawiał, i w końcu powiedział: Namas te... Ale GM zaśpiewał cos innego.

Na drugim występie na scenę wpakował się nie tylko Damek, ale i Naro i Julka nawet na chwilę :DDD Julka podczas pierwszego występu cały czas dawała znaki Damkowi, żeby na nią spojrzał, pomachał jej, ale on był tak rozkojarzony, a może skoncentrowany ;), że nie zwracał na nią uwagi.
Jestem taka szczęśliwa, że Kedzio grał z Guru Maharajem. Miód na moje serce...
Na koniec Ganga pomalowała Damka na Pana Jagannatha, a Narusia na Baladeva. Gdy Guru Maharaja ich zobaczył usmiechnął się i zapytał, gdzie jest Subhadra:) Subhadra wędrowała wtedy z wujkiem Igorem po rynku wrocławskim. Ach te moje kochane Jagannathy :)))

Najpiękniejsze dla mnie było to, że dzieci tego dnia wszystko robiły spontanicznie, do niczego nie musiałam ich namawiać, przekonywać. Same wymyślały, co chciałyby robić, i robiły to.
Muszę tu też napisać o Nadusi. Zastanawiałam się, jak ona zniesie tyle godzin imprezy. A ona słodziutka trochę pospała, trochę pobiegała, trochę posiedziała w wózku. Dzielnie dotrwała do końca! Moja mała bhaktinka :)))


(zdjęcia z tego i poprzedniego posta są Madhai-jivana Nitaia Prabhu - więcej tutaj http://picasaweb.google.pl/madhai.kkd/RathayatraWrocAw2009#

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Spotkanie z Guru Maharajem




Teraz już wiem, że kilka par oczu zagląda na te strony (przynajmniej Ty kochana Aniu, która tak pięknie wyglądałaś na festiwalu, i Ty Arjuno:), więc trochę się stresuję przed kolejnymi postami. Ale co tam, postaram się to robić dalej jak najbardziej naturalnie.
Udało się nam wyjechać - pierwszy raz od prawie dwóch lat wyjechaliśmy gdzieś na dłużej niż jeden dzień! Możecie się dziwić i śmiać, ale dla mnie był to wielki stres (już drugi raz używam tego słowa). I to nawet nie chodziło o całą wyprawę, pakowanie, jazdę autem z Nadią czy nocleg w nowym miejscu... To wszystko było do zniesienia i odbyło się niemal bezboleśnie. Najbardziej bałam się spotkania z Guru Maharajem i tego, że on zobaczy, że nie wszystko jest u mnie takie kolorowe. Wiedziałam, że nawet nie będę musiała mu nic mówić, bo on i tak będzie wiedział, że do transcendentalnej ekstazy i nie tylko duchowego, ale i materialnego szczęścia mi daleko. Boże, jaka ja jestem głupia... Teraz tak żałuję, że nie poszłam na darśan, nie porozmawiałam choć kilka minut dłużej niż te kilka słów na schodach. Taka okazja, a ja stchórzyłam. Wiedziałam, że większość osób, które szły do GM, szły ze swoimi problemami. Nie chciałam go dodatkowo obciążać - to jedna strona, a druga - wstydziłam przyznać przed nim do swoich trudności.
Chciałabym opowiedzieć mu o tym, że coś robię sensownego, jakieś nowe przedsięwzięcia, jakieś zmiany, ale u mnie nic się nie zmienia. O wychowywaniu dzieci Guru Maharaja już słyszał nie raz, więc ile razy mogę mu to opowiadać. Na schodach wspomniałam mu o sukcesach Damodarka w nauce, o jego egzaminie, o tym, co mówiła pani. Ucieszył się bardzo. Mówił, że przed moimi dziećmi świetlana przyszłość. Wspomniałam mu też o tym, że czuję, że muszę wyjechać z domu od czasu do czasu, dla zdrowia psychicznego mojego i reszty członków rodziny. Wtedy GM powiedział, żebym zostawiła kiedyś na kilka dni Madzię z dziećmi i sama wyjechała na przykład na jakieś kursy typu japa retreats. Może za parę lat... Wiem, że by mi to dobrze zrobiło. Tylko nie wiem, co na to Madzia :)))

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Wyprawa na pocztę

Tak żałuję, że nikt nam dziś nie zrobił zdjęcia. Wyszliśmy rano na pocztę po przesyłkę - karmę dla Kumpla. Kumpel musiał zostać na podwórku, bo nie umie chodzić przy samochodach. Przebiega ciągle z jednej strony jezdni na drugą, nic sobie nie robiąc z pędzących aut. No i został za furtką, z płaczem, ale musiał. Jednak nie na długo. Gdy już schodziliśmy z Wierzbowej, Kumpel do nas dobiegł! Jakoś musiał przecisnąc się między prętami furtki...
No i co teraz? Nie chciało mi się już wracać. Próbowałam go wsadzic do wózka, ale uciekał. W końcu schowałam go do plecaka :D. Musieliśmy wyglądać komicznie: Nadia w wózku, Naro na wózku, Damo na rowerze obok, a z plecaka wystaje głowa psa :))))
Kedzio się nieźle uśmiał, gdy mu opowiedziałam o naszej wyprawie.
No ale wege karma jest! I mu smakuje :D No i schudłam chyba z kilogram podczas tej wycieczki ;)

piątek, 8 maja 2009

Codzienne życie maluchów


Naduńcia domaga się już chodzenia na spacerach. Nie chce siedzieć za długo w wózku, dlatego muszę ją prowadzać za rączkę. Wtedy ona co chwilę się zatrzymuje i albo grzebie w ziemi, albo zrywa, co popadnie. Dziś najadła się ziemi na spacerze. Na chwilę odwróciłam głowę, a ona ma całą buzię czarną. Chrupało jej w zębach. No, wszechświata tam nie zaobaczyłam, ale za to czarne zęby i język ;)

Damek dziś po programie opowiadał szczęśliwy, jak podawał bhaktom lampkę, i jak siedział najbliżej ognia ofiarnego, i o tym, jak Kryszna Mohan na wykładzie opowiadał o tym, że dziecko może naprawdę wkurzyć rodzica (chodziło o Prahlada i Hiranyakasipu) :D

wtorek, 5 maja 2009

O tym, jak Naduńcia jeść nie chciała i w końcu zechciała




Była sobie raz Naduńcia, słodka dziewczynka o niebieskich oczkach, które urzekały każdego, kto w nie spojrzał. Naduńcia była bardzo kochana przez Mamę, Tatę i Braci Urwisów. Przez innych oczywiście też, ale nie tak bardzo, jak przez tych wymienionych w poprzednim zdaniu. Naduńcia wyróżniała się na tle swoich braci tym, że jej Mama nigdy nie miała problemu z jej jedzeniem. Dziewczynka już od czwartego miesiąca życia (co było nie do pomyślenia w przypadku Braci Urwisów) pochłaniała ze smakiem to, co jej Mama do buzi wkładała. Mamie się serce radowało i dziękowała ona Najwyższemu Panu za to, że jej dziecko tak ładnie je (jedzenie dzieci było czułym punktem Mamy, która musiała się bardzo wysilać przy karmieniu Braci Urwisów).

Pewnego dnia jednak Naduńcia się zbuntowała i postanowiła nie jeść. Jeden dzień - myślała Mama - tylko jeden dzień. Jutro już na pewno będzie normalnie. Może przez te ząbki - pocieszała się. Jednak kolejne dni mijały i Naduńcia nie chciała wrócić do dawnego zwyczaju pałaszowania prasadam. Stała się za to bardzo płaczliwa i nic ją nie cieszyło. Mama była załamana. Płakała razem z córką podtykając jej różne smakołyki pod nos. Naduńcia nie chciała otwierać ust i tylko odrwacała głowę na widok łyżki. Kiedy któraś z rzędu próba nakarmienia Naduńci zakończyła się niepowodzeniem, Mamie puściły nerwy i nakrzyczała na swoją córeczkę, którą tak bardzo kochała. Naduńcia wtedy zaczęła płakać okropnie i Tata przybiegł na ratunek. Wziął ją na ręce i uspokoił w dużym pokoju. Kiedy wrócił do kuchni, Mama zapytała go, co zrobić, że ich córeczka zaczęła jeść. Tata odpowiedział, żeby modliła się przed Bóstwami. Mama wiedziała, że to dobra rada, ale jeszcze próbowała nakarmić Naduńcię razem z Tatą. Bezskutecznie.

Wtedy wszyscy razem udali sie do dużego pokoju. Naduńcia zaczęła ćwiczyć chodzenie od Mamy do Taty i odwrotnie, a Mama zaczęła śpiewać do Kryszny. Śpiewała, płakała i cieszyła się widząć, jak wszyscy tańczą przed Bóstwami. W sercu modliła się do Kryszny. I Pan wysłuchał. Po kirtanie Naduńcia ze smakiem zjadła całą zupkę, a serce Mamy skakało z radości. I wdzięczności...

Tego dnia nawet pies zjadł całą miskę prasadam ze smakiem.

Mama i Tata dziękowali Panu za pomoc. Niby niewiele, ale dla nich to dużo, bardzo dużo...

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Kumpel

Ostatnio mam wrażenie, że Kryszna chce, żebym się zrehabilitowała. Mam wyrzuty sumienia związane z Leonem. I nie tylko z nim.
Gdy poznałam bhaktów i później związałam się z Kedziem, Leon został odsunięty na daleki plan, by w końcu zupełnie się niemal od niego odciąć, zostawiając go Madzi, a ona z kolei zostawiła go pod opieką mamy, która w końcu go uśpiła (podobno był chory na raka). A to była taka dobra, mądra żywa istotka, która jakoś - nieprzypadkiem - znalazła mnie na Narutowicza. Pogłaskałam go, a on podreptał krok w krok za mną. I tak już zostało.
Taka niewinna duszyczka. Zaufała mi i zaoferowała swoje serce. A ja później o nim zupełnie zapomniałam. Stał sie dla mnie problemem przez swoje mięsożerstwo. Nie chciałam mieć już do czynienia z takimi rzeczami.
I tak, jak moje serce zamykało sie przed Leonem, tak też zamykało się przed innymi - zwierzętami i ludźmi. Ludźmi, którzy dalecy byli od świadomości Kryszny, od wegetarianizmu itd...
Tak właśnie rodził sie mój fanatyzm, który na szczęście już - wydaje mi się - minął. Zamiast uczyć się miłości do innych żywych istot, ja zamykałam przed nimi swoje serce, i to przed najbliższymi. Cóż za zaślepienie...
Staram sie jednak patrzeć nawet na to pozytywnie i traktować to jako lekcję, jak nie należy postępować. Każdy dzień przynosi nową lekcję, i tenże sam dzień przynosi kolejny egzamin.
Od jakiegoś czasu przechodzę lekcje miłości. Mam na nich wielu nauczycieli - poczynając od moich dzieci, poprzez Mamę, Igora, rodziców Kedzia..... a kończąc na świnkach morskich i Kumplu.


Kumpel jest jeszcze psim dzieckiem. Ktoś wrzucił go do boksu z psem na podwórku P.O.M. Tamtem pies narobił mu porządnej krzywdy, do tego chyba jeszcze był bity, bo najchętniej poruszałby się czołgając. Damo przyniósł go na rękach od P.O.M. Kupmel od razu podarował nam serce. Je wszystko, co mu daję, więc z dietą też nie ma problemów. Już ma się o wiele lepiej.
Kryszna chyba celowo zsyła mi chore zwierzaki, żeby ta lekcja była dobitniejsza. Moje serce otwiera sie na innych (nawet na Panią Od Mleka, od której skądinąd Kupmel do nas trafił). Ta lekcja będzie jeszcze długo trwała, pewnie całe życie, ale jestem Ci, Drogi Kryszno, bardzo za nią wdzięczna. Jestem pewna, że gdy nauczę się kochać innych, wtedy o wiele łatwiej będzie mi otworzyć swoje serce na Ciebie...

"To był mój najlepszy program w życiu"






Tak, tak... Takie właśnie słowa usłyszałam od Damodarka, gdy wrócił z programu u Janki. Spał w aucie i przyszedł do domu skołowany. Zaraz połozyłam go do łóżka. Gdy zapytałam go ot tak, jak było na programie, on odpowiedział już prawie przez sen: "To był mój najlepszy program w życiu". Zdziwiona zapytałam, dlaczego. Odpowiedział, że był wspaniały wykład i zasnął.
Później wypytałam Kedzia o szczegóły. Mówił, że na początku programu chłopcy wariowali, jak oszalali. Pewnie przeszkadzali. Kedzio ich nie uspokajał za bardzo, bo grał na mridandze. W pewnym momencie Kryszna Mohan porozmawiał przez chwilę z Damodarem i od tamtej chwili to było inne dziecko. Cały wykład przesiedział wytężając słuch, przysłuchując się historiom opowiadanym przez Michała. Na drugi dzień opowiadał mi zasłyszane historie, niektórych nawet Kedzio nie pamiętał. Ach, ten Damcio kochany :))))

niedziela, 12 kwietnia 2009

O Kasi i Baladevie

Kasia jest dla mnie niezwykłą postacią. Zawsze chciała mieć maleńkiego dzidziusia, którym mogłaby się opiekować - i Kryszna zesłał jej Baladeva - słodkiego chłopczyka, który mimo upływu lat nie przestał być maleńkim dzidziusiem. Lekarze dawali mu tylko kilka lat życia, żył jednak dłużej, bo prawie osiemnaście. Mały, pogodny chłopczyk. Choć nie znałam go, gdy był młodszy i jeszcze coś mówił, wyobrażam sobie, jak przynosi mamie japas i mówi: "Mantruj, mantruj!". I jak cieszy się podczas bhajanów na Festiwalu nad morzem, gdy Kasia go zabierała na tour. Podobno uwielbiał kirtany, mahamantrę. Żałuję, że go nie znałam wtedy.
Ja mam przed oczami Baladeva, kiedy Michał zrobił Sylwestra w Ymce. Damo szczęśliwy tańczył wtedy z nim przy tym wózku. Kasia też była wtedy szczęśliwa. Mówiła,że dzieci zawsze czuły do niego sympatię. Rzeczywiście - patrząc w jego oczy nie można było nie czuć tej sympatii. Widać, iż był taką dobrą osobą. Kasia mówiła, że przyszedł tu po to, by nauczyć ją miłości. Pewnie nie tylko ją...
Nawet, kiedy już nie mógł się poruszać o własnych siłach i leżał na łózku, nie stracił tej pokory i pogody ducha, która mu zawsze towarzyszyła.
Cieszę się, że byliśmy go pożegnać. Pięknie wyglądał w tej tekturowej trumience, ubrany w dhoti, z girlandą na szyi i obsypany listkami Tulasi z girland Bóstw. Piękna była ta ceremonia. Byłam taka szczęśliwa, kiedy Kedarnath śpiewał. Kryszna Mohanowi drżał głos, nie mógł mówić. Myślę, że kochał go jak własnego syna. Tak naprawdę to on był jego tatą, to on się nim opiekował. I Kasia - wzór mamy. Zawsze cierpliwa, pogodna i ciepła, pełna miłości. Zrezygnowała z własnego życia i poświęciła się całkowicie swojemu synowi. Choć czasem pojawiała się w niej taka chęć, by zrobić coś dla siebie, tłumiła te myśli i dalej ze stoickim spokojem i miłością poświęcała się opiece nad swoim chorym dzieckiem.
Jak śmiesznie błahe są teraz moje problemy, moje użalanie sie nad swoim losem. Choć i tak wiem, że nie będę chyba nigdy w stanie przestać być egoistką, to była też dla mnie piękna i trudna lekcja. Czy coś z niej wyniosę?... Nie jestem w stanie doceniać tego szczęścia, które mam, cieszyć sie tymi chwilami z moimi cudownymi dziećmi, ciągle chciałabym robić tyle różnych innych rzeczy. Choć myślę, że i tak jest lepiej. Chyba powoli zaczynam doceniać to moje życie. Ale zanim w pełni je docenię, może upłynąć jeszcze bardzo dużo czasu... Obym zdążyła jeszcze w tym życiu...
Po tej ceremonii wiem, że taki właśnie pogrzeb bym chciała mieć.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Rama Navami w Warszawie

Aniu kochana, dzięki Twojej inspiracji sklecę dziś kilka słówek :) Byliśmy dziś na święcie Pana Ramy w Mysiadle. Bardzo się cieszę, że pojechaliśmy. Korzyści odniosła cała rodzinka. Ja spotkałam się z koleżankami i choć chwilę mogłam pogawędzić. Przyjechał nawet Piotrek z Angelą i Niną. Słodka ta ich mała księżniczka. Nadia miałaby koleżankę rówieśniczkę, gdyby mieszkali bliżej. Ale i tak możemy się spotykać od czasu do czasu w Wawie. Może, jak będziemy jeździć do Klemarczyka. No i oczywiście w Świątyni.
Najlepszy jednak był dzisiaj Damo - i to chyba on najbardziej cieszył sie z tego wypadu do Świątyni :)
Przed wykładem bhaktowie wspólnie intonowali jedną rundę Maha mantry. Nie widziałam wtedy chłopaków, bo siedzieli chyba z Igorem, ale prawdopodobnie wtedy Damo dostał do intonowania japas. Później, kiedy byłam w sklepiku, Damo do mnie podbiega z rozpromienioną buzią i mówi, że dostał od Asikundy japas, że pozwoliła mu wybrać, i że zaraz przyjdzie kupić mu woreczek. I rzeczywiście Asi mu kupiła woreczek do japasu - piękny, niebieski woreczek z Panem Narasimhadevą. Damo później chodził dumny z zawieszonym na szyi woreczkiem, w którym ukryty był jego mały japasik. Był bardzo szczęśliwy. Kiedy już mieliśmy wyjeżdżać, Damo podbiegł do mnie i mówi, że zbiera właśnie od bhaktów pieniądze dla naszych Bóstw. Oczywiście zdenerwowałam się na niego i prosiłam, żeby tak nie robił i oddał te pieniądze, które miał w kieszonce japasu. On wtedy powiedział, że to Asi kunda mu poradziła, żeby tak robił. Że w ten sposób będzie się zachowowywał, jak prawdziwy bramin. No i rzeczywiście - Damo zbierał od bhaktów dotacje. I coś uzbierał. Dla naszych Bóstw. Asi z nim chodziła i tłumaczyła, że to jest mały bramin itd... A on mówił, że w zamian pomodli się za te osoby. I później całą drogę się pytał, czy jestem z niego dumna... Mówił, że jest już duży, bo potrafi sam zdobyć pieniądze dla Bóstw. Marzył sobie, co za te pieniądze dla Nich kupi. Mówił, że będzie to ofiarowywał z wielką uwagą, a później z szacunkiem zje i podzieli się z nami. O Kryszno... Kocham te nasze dzieci:)))))
Mam nadzieję, że do następnej wizyty zapomni:D

wtorek, 31 marca 2009

Pobyt Madzi 2

A tutaj zdjęcia Madzi i Kedzia z naszego ostatniego radosnego kirtanu z Madzią, oj było przemiło :) Wszyscy się wytańczyliśmy. No i jeszcze fotka Nadusi w kąpieli - nasz grubasek :)
Na zakończenie jeszcze napiszę, że dziś był piekny dzień. Od rana sprzątałam dom dla Kedzia, na jego urodzinki. Ugotowałam mu prosty i dobry obiadek - młode ziemniaki z koperkiem i jego ulubioną surówką z sałaty lodowej, na kolację naleśniki z masłem orzechowym i dżemem brzoskwiniowym, a ciasto dopiero teraz się upiekło, kiedy już śpi... :P No, ale chociaż będzie mógł jutro wziąć do pracy.
Byliśmy dziś na pięknym spacerze. Widzieliśmy sarenki i przedzieraliśmy sie przez błota. Piękna okolica koło nas :)
No i najważniejsze - nie denerwowałam się dzisiaj na dzieci. Ostatnio nerwy mi puszczały z byle powodu... Kryszno, proszę Cię o cierpliwość, mądrość, wyrozumiałość, tego mi brakuje...



Pobyt Madzi 1

W wielkim skrócie zamieszczam poniżej kilka zdjęć z pobytu Madzi - urodzinki Damusia i Kedzia (tort robiony w wielkim pośpiechu, ale się udał :) Ciekawe, jakie życzenia pomyśleli? :) Madzia wręcza prezenty chłopakom. Są też nasze świnki - Kedzio trzyma Lassi (większa i silniejsza), a Damcio Dasi (mniejsza i słabsza; okazało się, że ma chyba grzybicę, jutro jedziemy z nią do weterynarza:( )





sobota, 28 marca 2009

Oj, dawno nie pisałam - wstyd!

Jak w temacie... Teraz będę musiała nadrobić zaległości. Minęło tyle ciekawych wydarzeń - pierwsze urodzinki Nadusi, urodziny Damcia, była u nas Madzia (przyjechała specjalnie na urodzinki Damka), zamieszkały u nas dwie świnki morskie, minęły piękne programy (m. in. u Janki z Hindusami). Minęły moje lepsze i gorsze dni, a ja jakoś nie mogłam usiąść do pisania wspominków. No, ale czas zabrać się za to, żeby później dzieci nie miały do mnie pretensji :))) A więc obiecuję Wam moje kochane Bąki, że znowu zacznę uzupełniać braki i zapisywać Waszą historię.

Dziś napiszę o najświeższych wydarzeniach, czyli o pobycie Madzi. Kochana siostrzyczka przyjechała tylko na dwa dni, ale i tak wlała radość do naszego domku. Przyjechała specjalnie na urodzinki Kedzia i Dameczka. Obsypała wszystkich prezentami. Dla Damodarka przywiozła piękny posąg Hanumana, a żeby nie było przykro Narusiowi, dla niego przywiozła nieco mniejszy posąg Kryszny. Kiedy juz chłopcy wyjęli swoje prezenty, okazało się, że obydwaj chcą Krysznę. I już wiadomo, co się potem działo :D W końcu się dogadali, że będą razem czcić Krysznę i Hanumana. Przyjechał z Madzią też piękny obrazek Hanumana dla Damka i wiele innych drobiazgów. Dla Kedzia Madzia wiozła pikle, które
1) rozlały jej się po całej torbie
2) zabrali jej podczas odprawy
więc do nas nie dojechały, ale ich aromatem przesiąknięte były wszystkie prezenty :) łącznie z mahaprasadam (jeszcze nigdy nie jadłam tak ostrego berfi :))))
No i to takie kilka słówek z ostatnich dni. Teraz zabiorę sie za uzupełnianie staroci jeszcze nie tak starych:)
Hare Kryszna Kochani:)

wtorek, 10 lutego 2009

Sen Narusia

Naro nie należy do zbyt rozmownych osóbek. Jego brat trajkocze, jak nakręcony, a Naro raczej słucha, albo cos tam sobie majstruje, i nie wyrywa się zbyt do rozmowy. Dzisiaj, kiedy siedział rano przy sniadaniu, zaczął nagle, sam z siebie, opowiadać o tym, że w nocy przyszedł do naszego pokoju anioł. Miał dwa skrzydła na plecach, ale nie latał, tylko chodził. Był duży, taki jak tata, i miał kręcone włosy, a na głowie czapkę. I rozmawiał z mamusią... Dla niego nie było w tym nic zaskakującego, było to normalne, jakby opowiadał o tym, że własnie zjadł sniadanie.
 
Później Damo sporządził portret pamięciowy tego goscia:)
Posted by Picasa

niedziela, 8 lutego 2009

Sieradzanie

 

Odwiedzili nas dzisiaj Sieradzanie. Było bardzo miło. Jak to dobrze jest spotkać się tak rodzinnie. Nie było czasu na abhiszek, ale zdążylimy pospiewać dla Pana Nityanandy, porozmawiać o przeróżnych rzeczach, potańczyć razem i wspólnie przyjąć bogatą ucztę (już dawno się tak nie najadłam :P ). Szkoda, że tak daleko mieszkają... Wszyscy jestesmy tacy porozrzucani po swiecie... Ale dzięki temu można docenić takie chwile...
Visznupriya jest dla mnie wzorem matki, ktorej - jak to okreslil Balaji - serce jest pojemne. Widac, jak wazne jest dla niej kazde dziecko, z jaka uwaga obserwuje jego rozwoj, jak w pamieci zbiera wszystkie wspomnienia, jak dba o swoje pociechy i jak je kocha... Calym sercem... Taka wedyjska mama... I zona przy okazji :)
Posted by Picasa


 
Posted by Picasa


 

Posted by Picasa


 
Posted by Picasa


 
Posted by Picasa


 

Posted by Picasa


 
Posted by Picasa

czwartek, 5 lutego 2009

Łaska Pana Admina :)

Wczoraj nie mieliśmy internetu przez cały dzień. I dzięki temu ten dzień mogę zaliczyć do pierwszego od wieluuuuu dni pięknego dnia! Po pierwsze miałam duuuużo więcej czasu dla dzieci i na nich koncentrowałam swoją uwagę. Nie myśłałam cały czas o tym, żeby podejść do komputera i sprawdzić, czy czasem ktoś do mnie nie napisał, albo czy jest jakiś nowy post na forum. Tak, tak, zdaję sobie w pełni sprawę z mojego uzależnienia. I chyba dzięki tej świadomości dam radę to pokonać. Postanowiłam w ciągu dnia nie korzystac przynajmniej do godziny 18 z netu. Od rana - w ogóle. Dopiero od 18.00 wzwyż. Wtedy ten dzień będzie wartościowy, nie stracę tylu godzin i dzieci będą miały więcej mamy, niż zazwyczaj mają. Widzę, że to wspaniale działa. Oni są szczęśliwsi - wszyscy!

A teraz najważniejsze: od wczoraj znowu zaczęłam intonować! I to mi dodaje niesamowitej siły i radości. Zaczęłam od ośmiu rund, ale mam nadzieję, że dojdę niebawem do 16. Zainspirował mnie Kedzio i Amala, no i oczywiście Madzia. Skoro oni mogą, to czemu ja nie mogę. Chociaż spróbować. Pokonałam ten mur, który sobie zbudowałam w głowie. Na internet zawsze znajdowałam czas, to czemu zamiast tego nie pointonować? Udało się :) Tak dobrze się czuję. Oby tak juz zostało do końca, i było tylko lepiej! Dziękuję Ci Kryszno.... Dziękuję Wam Kedziu i Amalo, i Madziu... Nie wiem, jak się Wam odwdzięczę...

Wczoraj zaczęliśmy oglądać z chłopcami film o Ramanujy. Tłumaczyłam im z angielskiego i pierwszy raz zaczęłam rozumieć, o co w tym filmie chodzi. Zaczęłam doceniać Ramanujacaryę... Dziś dzień jego odejścia. Śri Ramanujacarya ki Jay!!! Nabrałam ochoty, żeby więcej o nim poczytać.

Obejrzałam też z Kedziem film "Outlander". Już dawno nie oglądaliśmy razem filmów. Ten był o średnowiecznych czasach, choć SF. Dlatego tak mnie wciągnął. Nie mogłam się oderwać. Fajny film, walka dobra ze złem, gdzie zło ostatecznie oczywiście przegrywa, była i miłość, ale nie było seksu, tylko tak raczej w bollywoodzikim stylu, spojrzenia i pocałunek :) . Podobało mi się to. Taka baśń dla dużych dzieci. Takie filmy mogę oglądać.

Acha! No i jeszcze jedna ważna rzecz wydarzyła się ostatnio: Kedzio napisał list do Guru Maharaja:) . Sam z siebie. Pisał o tym, że intonuje, i zadał dwa pytania. Jedno z tych pytań chciałam sama zadać GM. I dziś Guru Maharaja odpisał :))))

niedziela, 1 lutego 2009

Serce matki jest pojemne

Jakiś czas temu przeczytałam post na vrindzie, w dyskusji o feminizmie, w którym Balaji pisał o tym, że serce matki jest wystarczająco pojemne, żeby swoje miejsce znalazały w nim wszystkie dzieci (ciekawe, że napisał to mężczyzna). Czy matka ma jedno dziecko, czy pięcioro, czy nawet i więcej, dla każdego dziecka znajdzie się miejsce w jej sercu. Pamiętam, że sama zastanawiałam się, jak to będzie, czy będę w stanie pokochać kolejnego dzidziusia tak bardzo, jak kochałam Damodarka, naszego "pierworodnego". Naruś rozwiał moje wszelkie wątpliwości. Różnica może była taka, że nie miałam tyle czasu w ciąży, żeby przeżywać te chwile, kiedy był jeszcze w brzuszku. Ale gdy tylko zaraz po porodzie Johanna położyła mi tego maleńkiego szkraba, jeszcze pokrytego mazią, na piersiach, rozpłynęłam się... Zaraz potem przybiegł Damo z Madzią i z radością w głosie mówił, żebym szybko założyła maluszkowi malutkie dhoti i kurtę i że pójdą razem na sankirtan do świątyni... Nie wiem też, skąd on to wytrzasnął, ale przyszedł z moim dowodem i położył mi go przy głowie - widać to na zdjęciu... Później była moja choroba, z tego czasu neiwiele pamiętam, ale pobyt w szpitalu z Narusiem już wspominam bardzo miło... W tym pokoiku, za oknem śniego, herbatka z kopru, Kedzio przywożący mi prasadam, i maleńki Naruś... Kryszno, to takie piękne chwile...
Później podobne obawy miałam przed narodzinami Nadii. Przy dwójce nie starczało mi czasu na nic, byłam kompletnie pochłonięta opieką nad chłopcami, a tutaj lada moment urodzi się trzeci dzidziuś. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, jakiej płci będzie ten malec. Nastawieni byliśmy właściwie na trzeciego chłopca. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że moglibyśmy mieć córeczkę. Tymczasem po porodzie pani Dorotka powiedziała, że mamy córkę. Tak, ten mały, kompletnie fioletowy dzidziuś z czarną czuprynką na głowie, to była nasza kochana Naduńcia. Nawet teraz chce mi się płakać, kiedy myślę o tym... Naduńcia... Nasz promyk radości...
Serce matki jest pojemne... Ale i ojca też... Kedzio kocha wszystkie swoje dzieci tak, że czasem - częściej niz czasem - go podziwiam, skąd ma w sobie tyle miłości, która wyraża sie w cierpliwości, opanowaniu... Mi tego często brakuje. Dużo mogę się od niego nauczyć... Dźwięczą mi w głowie słowa Tirthamayi, że mój mąż będzie lepszym ojcem, niż ja matką... Wtedy nie mogłam zrozumieć, co ona ma na myśli, teraz to już jest dla mnie jasne...

wtorek, 27 stycznia 2009

Sny Damodarka

 

Dzisiaj Damo się rozchorowal. Zmogla go gorączka. Madzia przypomniala mi o jego snach, warto je tu zapisać, żeby nie umknęly znowy z pamięci. Kiedy jakies dwa, trzy lata temu mieszkalismy na Wschodniej, Damo też zachorowal, i podobnie jak teraz leżal w lóżku z gorączką, drzemal. W pewnym momencie przebudzil się i opowiedzial, że przysnili mu się Kryszna z Radharani, i Radha wolala go do siebie "Chodź do nas...". Pamiętam, że ten sen mnie trochę przestraszyl... Ale to byl piękny sen...

 

Innym razem, to było chyba na Tomaszewicza, Damusiowi przysniło się, że siedział w swiatyni w Warszawie razem z Taru, kiedy nagle usłyszał, że zbliżają się bhaktowie spiewając Hare Kryszna. W pewnym momencie drzwi się otworzyły i do pokoju swiątynnego wszedł Pan Caitanya razem z bhaktami. Zaraz potem podszedł do chłopców (Taru i Damka) i dał im po czapacie. :-) Jakąs rolę miał też w tym Kedzio, ale teraz niestety nie pamiętam, jaką.
W liscie wspomniałam Guru Maharajowi o tym snie, a on odpisał, że to ciekawe, bo w Bengalu, skąd pochodził Pan Caitanya, raczej nie jada się czapatów, tylko ryż ;-) . Pytalismy też Damka, jak wyglądał Pan Caitanya w jego snie. Opisał go jako sannyasina, ogolonego, z sikhą, w szafranowych szatach.

Ciekawe, czy ja będę miała kiedys podobny sen...
Posted by Picasa