poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Kumpel

Ostatnio mam wrażenie, że Kryszna chce, żebym się zrehabilitowała. Mam wyrzuty sumienia związane z Leonem. I nie tylko z nim.
Gdy poznałam bhaktów i później związałam się z Kedziem, Leon został odsunięty na daleki plan, by w końcu zupełnie się niemal od niego odciąć, zostawiając go Madzi, a ona z kolei zostawiła go pod opieką mamy, która w końcu go uśpiła (podobno był chory na raka). A to była taka dobra, mądra żywa istotka, która jakoś - nieprzypadkiem - znalazła mnie na Narutowicza. Pogłaskałam go, a on podreptał krok w krok za mną. I tak już zostało.
Taka niewinna duszyczka. Zaufała mi i zaoferowała swoje serce. A ja później o nim zupełnie zapomniałam. Stał sie dla mnie problemem przez swoje mięsożerstwo. Nie chciałam mieć już do czynienia z takimi rzeczami.
I tak, jak moje serce zamykało sie przed Leonem, tak też zamykało się przed innymi - zwierzętami i ludźmi. Ludźmi, którzy dalecy byli od świadomości Kryszny, od wegetarianizmu itd...
Tak właśnie rodził sie mój fanatyzm, który na szczęście już - wydaje mi się - minął. Zamiast uczyć się miłości do innych żywych istot, ja zamykałam przed nimi swoje serce, i to przed najbliższymi. Cóż za zaślepienie...
Staram sie jednak patrzeć nawet na to pozytywnie i traktować to jako lekcję, jak nie należy postępować. Każdy dzień przynosi nową lekcję, i tenże sam dzień przynosi kolejny egzamin.
Od jakiegoś czasu przechodzę lekcje miłości. Mam na nich wielu nauczycieli - poczynając od moich dzieci, poprzez Mamę, Igora, rodziców Kedzia..... a kończąc na świnkach morskich i Kumplu.


Kumpel jest jeszcze psim dzieckiem. Ktoś wrzucił go do boksu z psem na podwórku P.O.M. Tamtem pies narobił mu porządnej krzywdy, do tego chyba jeszcze był bity, bo najchętniej poruszałby się czołgając. Damo przyniósł go na rękach od P.O.M. Kupmel od razu podarował nam serce. Je wszystko, co mu daję, więc z dietą też nie ma problemów. Już ma się o wiele lepiej.
Kryszna chyba celowo zsyła mi chore zwierzaki, żeby ta lekcja była dobitniejsza. Moje serce otwiera sie na innych (nawet na Panią Od Mleka, od której skądinąd Kupmel do nas trafił). Ta lekcja będzie jeszcze długo trwała, pewnie całe życie, ale jestem Ci, Drogi Kryszno, bardzo za nią wdzięczna. Jestem pewna, że gdy nauczę się kochać innych, wtedy o wiele łatwiej będzie mi otworzyć swoje serce na Ciebie...

"To był mój najlepszy program w życiu"






Tak, tak... Takie właśnie słowa usłyszałam od Damodarka, gdy wrócił z programu u Janki. Spał w aucie i przyszedł do domu skołowany. Zaraz połozyłam go do łóżka. Gdy zapytałam go ot tak, jak było na programie, on odpowiedział już prawie przez sen: "To był mój najlepszy program w życiu". Zdziwiona zapytałam, dlaczego. Odpowiedział, że był wspaniały wykład i zasnął.
Później wypytałam Kedzia o szczegóły. Mówił, że na początku programu chłopcy wariowali, jak oszalali. Pewnie przeszkadzali. Kedzio ich nie uspokajał za bardzo, bo grał na mridandze. W pewnym momencie Kryszna Mohan porozmawiał przez chwilę z Damodarem i od tamtej chwili to było inne dziecko. Cały wykład przesiedział wytężając słuch, przysłuchując się historiom opowiadanym przez Michała. Na drugi dzień opowiadał mi zasłyszane historie, niektórych nawet Kedzio nie pamiętał. Ach, ten Damcio kochany :))))

niedziela, 12 kwietnia 2009

O Kasi i Baladevie

Kasia jest dla mnie niezwykłą postacią. Zawsze chciała mieć maleńkiego dzidziusia, którym mogłaby się opiekować - i Kryszna zesłał jej Baladeva - słodkiego chłopczyka, który mimo upływu lat nie przestał być maleńkim dzidziusiem. Lekarze dawali mu tylko kilka lat życia, żył jednak dłużej, bo prawie osiemnaście. Mały, pogodny chłopczyk. Choć nie znałam go, gdy był młodszy i jeszcze coś mówił, wyobrażam sobie, jak przynosi mamie japas i mówi: "Mantruj, mantruj!". I jak cieszy się podczas bhajanów na Festiwalu nad morzem, gdy Kasia go zabierała na tour. Podobno uwielbiał kirtany, mahamantrę. Żałuję, że go nie znałam wtedy.
Ja mam przed oczami Baladeva, kiedy Michał zrobił Sylwestra w Ymce. Damo szczęśliwy tańczył wtedy z nim przy tym wózku. Kasia też była wtedy szczęśliwa. Mówiła,że dzieci zawsze czuły do niego sympatię. Rzeczywiście - patrząc w jego oczy nie można było nie czuć tej sympatii. Widać, iż był taką dobrą osobą. Kasia mówiła, że przyszedł tu po to, by nauczyć ją miłości. Pewnie nie tylko ją...
Nawet, kiedy już nie mógł się poruszać o własnych siłach i leżał na łózku, nie stracił tej pokory i pogody ducha, która mu zawsze towarzyszyła.
Cieszę się, że byliśmy go pożegnać. Pięknie wyglądał w tej tekturowej trumience, ubrany w dhoti, z girlandą na szyi i obsypany listkami Tulasi z girland Bóstw. Piękna była ta ceremonia. Byłam taka szczęśliwa, kiedy Kedarnath śpiewał. Kryszna Mohanowi drżał głos, nie mógł mówić. Myślę, że kochał go jak własnego syna. Tak naprawdę to on był jego tatą, to on się nim opiekował. I Kasia - wzór mamy. Zawsze cierpliwa, pogodna i ciepła, pełna miłości. Zrezygnowała z własnego życia i poświęciła się całkowicie swojemu synowi. Choć czasem pojawiała się w niej taka chęć, by zrobić coś dla siebie, tłumiła te myśli i dalej ze stoickim spokojem i miłością poświęcała się opiece nad swoim chorym dzieckiem.
Jak śmiesznie błahe są teraz moje problemy, moje użalanie sie nad swoim losem. Choć i tak wiem, że nie będę chyba nigdy w stanie przestać być egoistką, to była też dla mnie piękna i trudna lekcja. Czy coś z niej wyniosę?... Nie jestem w stanie doceniać tego szczęścia, które mam, cieszyć sie tymi chwilami z moimi cudownymi dziećmi, ciągle chciałabym robić tyle różnych innych rzeczy. Choć myślę, że i tak jest lepiej. Chyba powoli zaczynam doceniać to moje życie. Ale zanim w pełni je docenię, może upłynąć jeszcze bardzo dużo czasu... Obym zdążyła jeszcze w tym życiu...
Po tej ceremonii wiem, że taki właśnie pogrzeb bym chciała mieć.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Rama Navami w Warszawie

Aniu kochana, dzięki Twojej inspiracji sklecę dziś kilka słówek :) Byliśmy dziś na święcie Pana Ramy w Mysiadle. Bardzo się cieszę, że pojechaliśmy. Korzyści odniosła cała rodzinka. Ja spotkałam się z koleżankami i choć chwilę mogłam pogawędzić. Przyjechał nawet Piotrek z Angelą i Niną. Słodka ta ich mała księżniczka. Nadia miałaby koleżankę rówieśniczkę, gdyby mieszkali bliżej. Ale i tak możemy się spotykać od czasu do czasu w Wawie. Może, jak będziemy jeździć do Klemarczyka. No i oczywiście w Świątyni.
Najlepszy jednak był dzisiaj Damo - i to chyba on najbardziej cieszył sie z tego wypadu do Świątyni :)
Przed wykładem bhaktowie wspólnie intonowali jedną rundę Maha mantry. Nie widziałam wtedy chłopaków, bo siedzieli chyba z Igorem, ale prawdopodobnie wtedy Damo dostał do intonowania japas. Później, kiedy byłam w sklepiku, Damo do mnie podbiega z rozpromienioną buzią i mówi, że dostał od Asikundy japas, że pozwoliła mu wybrać, i że zaraz przyjdzie kupić mu woreczek. I rzeczywiście Asi mu kupiła woreczek do japasu - piękny, niebieski woreczek z Panem Narasimhadevą. Damo później chodził dumny z zawieszonym na szyi woreczkiem, w którym ukryty był jego mały japasik. Był bardzo szczęśliwy. Kiedy już mieliśmy wyjeżdżać, Damo podbiegł do mnie i mówi, że zbiera właśnie od bhaktów pieniądze dla naszych Bóstw. Oczywiście zdenerwowałam się na niego i prosiłam, żeby tak nie robił i oddał te pieniądze, które miał w kieszonce japasu. On wtedy powiedział, że to Asi kunda mu poradziła, żeby tak robił. Że w ten sposób będzie się zachowowywał, jak prawdziwy bramin. No i rzeczywiście - Damo zbierał od bhaktów dotacje. I coś uzbierał. Dla naszych Bóstw. Asi z nim chodziła i tłumaczyła, że to jest mały bramin itd... A on mówił, że w zamian pomodli się za te osoby. I później całą drogę się pytał, czy jestem z niego dumna... Mówił, że jest już duży, bo potrafi sam zdobyć pieniądze dla Bóstw. Marzył sobie, co za te pieniądze dla Nich kupi. Mówił, że będzie to ofiarowywał z wielką uwagą, a później z szacunkiem zje i podzieli się z nami. O Kryszno... Kocham te nasze dzieci:)))))
Mam nadzieję, że do następnej wizyty zapomni:D

wtorek, 31 marca 2009

Pobyt Madzi 2

A tutaj zdjęcia Madzi i Kedzia z naszego ostatniego radosnego kirtanu z Madzią, oj było przemiło :) Wszyscy się wytańczyliśmy. No i jeszcze fotka Nadusi w kąpieli - nasz grubasek :)
Na zakończenie jeszcze napiszę, że dziś był piekny dzień. Od rana sprzątałam dom dla Kedzia, na jego urodzinki. Ugotowałam mu prosty i dobry obiadek - młode ziemniaki z koperkiem i jego ulubioną surówką z sałaty lodowej, na kolację naleśniki z masłem orzechowym i dżemem brzoskwiniowym, a ciasto dopiero teraz się upiekło, kiedy już śpi... :P No, ale chociaż będzie mógł jutro wziąć do pracy.
Byliśmy dziś na pięknym spacerze. Widzieliśmy sarenki i przedzieraliśmy sie przez błota. Piękna okolica koło nas :)
No i najważniejsze - nie denerwowałam się dzisiaj na dzieci. Ostatnio nerwy mi puszczały z byle powodu... Kryszno, proszę Cię o cierpliwość, mądrość, wyrozumiałość, tego mi brakuje...



Pobyt Madzi 1

W wielkim skrócie zamieszczam poniżej kilka zdjęć z pobytu Madzi - urodzinki Damusia i Kedzia (tort robiony w wielkim pośpiechu, ale się udał :) Ciekawe, jakie życzenia pomyśleli? :) Madzia wręcza prezenty chłopakom. Są też nasze świnki - Kedzio trzyma Lassi (większa i silniejsza), a Damcio Dasi (mniejsza i słabsza; okazało się, że ma chyba grzybicę, jutro jedziemy z nią do weterynarza:( )





sobota, 28 marca 2009

Oj, dawno nie pisałam - wstyd!

Jak w temacie... Teraz będę musiała nadrobić zaległości. Minęło tyle ciekawych wydarzeń - pierwsze urodzinki Nadusi, urodziny Damcia, była u nas Madzia (przyjechała specjalnie na urodzinki Damka), zamieszkały u nas dwie świnki morskie, minęły piękne programy (m. in. u Janki z Hindusami). Minęły moje lepsze i gorsze dni, a ja jakoś nie mogłam usiąść do pisania wspominków. No, ale czas zabrać się za to, żeby później dzieci nie miały do mnie pretensji :))) A więc obiecuję Wam moje kochane Bąki, że znowu zacznę uzupełniać braki i zapisywać Waszą historię.

Dziś napiszę o najświeższych wydarzeniach, czyli o pobycie Madzi. Kochana siostrzyczka przyjechała tylko na dwa dni, ale i tak wlała radość do naszego domku. Przyjechała specjalnie na urodzinki Kedzia i Dameczka. Obsypała wszystkich prezentami. Dla Damodarka przywiozła piękny posąg Hanumana, a żeby nie było przykro Narusiowi, dla niego przywiozła nieco mniejszy posąg Kryszny. Kiedy juz chłopcy wyjęli swoje prezenty, okazało się, że obydwaj chcą Krysznę. I już wiadomo, co się potem działo :D W końcu się dogadali, że będą razem czcić Krysznę i Hanumana. Przyjechał z Madzią też piękny obrazek Hanumana dla Damka i wiele innych drobiazgów. Dla Kedzia Madzia wiozła pikle, które
1) rozlały jej się po całej torbie
2) zabrali jej podczas odprawy
więc do nas nie dojechały, ale ich aromatem przesiąknięte były wszystkie prezenty :) łącznie z mahaprasadam (jeszcze nigdy nie jadłam tak ostrego berfi :))))
No i to takie kilka słówek z ostatnich dni. Teraz zabiorę sie za uzupełnianie staroci jeszcze nie tak starych:)
Hare Kryszna Kochani:)

wtorek, 10 lutego 2009

Sen Narusia

Naro nie należy do zbyt rozmownych osóbek. Jego brat trajkocze, jak nakręcony, a Naro raczej słucha, albo cos tam sobie majstruje, i nie wyrywa się zbyt do rozmowy. Dzisiaj, kiedy siedział rano przy sniadaniu, zaczął nagle, sam z siebie, opowiadać o tym, że w nocy przyszedł do naszego pokoju anioł. Miał dwa skrzydła na plecach, ale nie latał, tylko chodził. Był duży, taki jak tata, i miał kręcone włosy, a na głowie czapkę. I rozmawiał z mamusią... Dla niego nie było w tym nic zaskakującego, było to normalne, jakby opowiadał o tym, że własnie zjadł sniadanie.
 
Później Damo sporządził portret pamięciowy tego goscia:)
Posted by Picasa

niedziela, 8 lutego 2009

Sieradzanie

 

Odwiedzili nas dzisiaj Sieradzanie. Było bardzo miło. Jak to dobrze jest spotkać się tak rodzinnie. Nie było czasu na abhiszek, ale zdążylimy pospiewać dla Pana Nityanandy, porozmawiać o przeróżnych rzeczach, potańczyć razem i wspólnie przyjąć bogatą ucztę (już dawno się tak nie najadłam :P ). Szkoda, że tak daleko mieszkają... Wszyscy jestesmy tacy porozrzucani po swiecie... Ale dzięki temu można docenić takie chwile...
Visznupriya jest dla mnie wzorem matki, ktorej - jak to okreslil Balaji - serce jest pojemne. Widac, jak wazne jest dla niej kazde dziecko, z jaka uwaga obserwuje jego rozwoj, jak w pamieci zbiera wszystkie wspomnienia, jak dba o swoje pociechy i jak je kocha... Calym sercem... Taka wedyjska mama... I zona przy okazji :)
Posted by Picasa


 
Posted by Picasa


 

Posted by Picasa


 
Posted by Picasa


 
Posted by Picasa


 

Posted by Picasa


 
Posted by Picasa

czwartek, 5 lutego 2009

Łaska Pana Admina :)

Wczoraj nie mieliśmy internetu przez cały dzień. I dzięki temu ten dzień mogę zaliczyć do pierwszego od wieluuuuu dni pięknego dnia! Po pierwsze miałam duuuużo więcej czasu dla dzieci i na nich koncentrowałam swoją uwagę. Nie myśłałam cały czas o tym, żeby podejść do komputera i sprawdzić, czy czasem ktoś do mnie nie napisał, albo czy jest jakiś nowy post na forum. Tak, tak, zdaję sobie w pełni sprawę z mojego uzależnienia. I chyba dzięki tej świadomości dam radę to pokonać. Postanowiłam w ciągu dnia nie korzystac przynajmniej do godziny 18 z netu. Od rana - w ogóle. Dopiero od 18.00 wzwyż. Wtedy ten dzień będzie wartościowy, nie stracę tylu godzin i dzieci będą miały więcej mamy, niż zazwyczaj mają. Widzę, że to wspaniale działa. Oni są szczęśliwsi - wszyscy!

A teraz najważniejsze: od wczoraj znowu zaczęłam intonować! I to mi dodaje niesamowitej siły i radości. Zaczęłam od ośmiu rund, ale mam nadzieję, że dojdę niebawem do 16. Zainspirował mnie Kedzio i Amala, no i oczywiście Madzia. Skoro oni mogą, to czemu ja nie mogę. Chociaż spróbować. Pokonałam ten mur, który sobie zbudowałam w głowie. Na internet zawsze znajdowałam czas, to czemu zamiast tego nie pointonować? Udało się :) Tak dobrze się czuję. Oby tak juz zostało do końca, i było tylko lepiej! Dziękuję Ci Kryszno.... Dziękuję Wam Kedziu i Amalo, i Madziu... Nie wiem, jak się Wam odwdzięczę...

Wczoraj zaczęliśmy oglądać z chłopcami film o Ramanujy. Tłumaczyłam im z angielskiego i pierwszy raz zaczęłam rozumieć, o co w tym filmie chodzi. Zaczęłam doceniać Ramanujacaryę... Dziś dzień jego odejścia. Śri Ramanujacarya ki Jay!!! Nabrałam ochoty, żeby więcej o nim poczytać.

Obejrzałam też z Kedziem film "Outlander". Już dawno nie oglądaliśmy razem filmów. Ten był o średnowiecznych czasach, choć SF. Dlatego tak mnie wciągnął. Nie mogłam się oderwać. Fajny film, walka dobra ze złem, gdzie zło ostatecznie oczywiście przegrywa, była i miłość, ale nie było seksu, tylko tak raczej w bollywoodzikim stylu, spojrzenia i pocałunek :) . Podobało mi się to. Taka baśń dla dużych dzieci. Takie filmy mogę oglądać.

Acha! No i jeszcze jedna ważna rzecz wydarzyła się ostatnio: Kedzio napisał list do Guru Maharaja:) . Sam z siebie. Pisał o tym, że intonuje, i zadał dwa pytania. Jedno z tych pytań chciałam sama zadać GM. I dziś Guru Maharaja odpisał :))))

niedziela, 1 lutego 2009

Serce matki jest pojemne

Jakiś czas temu przeczytałam post na vrindzie, w dyskusji o feminizmie, w którym Balaji pisał o tym, że serce matki jest wystarczająco pojemne, żeby swoje miejsce znalazały w nim wszystkie dzieci (ciekawe, że napisał to mężczyzna). Czy matka ma jedno dziecko, czy pięcioro, czy nawet i więcej, dla każdego dziecka znajdzie się miejsce w jej sercu. Pamiętam, że sama zastanawiałam się, jak to będzie, czy będę w stanie pokochać kolejnego dzidziusia tak bardzo, jak kochałam Damodarka, naszego "pierworodnego". Naruś rozwiał moje wszelkie wątpliwości. Różnica może była taka, że nie miałam tyle czasu w ciąży, żeby przeżywać te chwile, kiedy był jeszcze w brzuszku. Ale gdy tylko zaraz po porodzie Johanna położyła mi tego maleńkiego szkraba, jeszcze pokrytego mazią, na piersiach, rozpłynęłam się... Zaraz potem przybiegł Damo z Madzią i z radością w głosie mówił, żebym szybko założyła maluszkowi malutkie dhoti i kurtę i że pójdą razem na sankirtan do świątyni... Nie wiem też, skąd on to wytrzasnął, ale przyszedł z moim dowodem i położył mi go przy głowie - widać to na zdjęciu... Później była moja choroba, z tego czasu neiwiele pamiętam, ale pobyt w szpitalu z Narusiem już wspominam bardzo miło... W tym pokoiku, za oknem śniego, herbatka z kopru, Kedzio przywożący mi prasadam, i maleńki Naruś... Kryszno, to takie piękne chwile...
Później podobne obawy miałam przed narodzinami Nadii. Przy dwójce nie starczało mi czasu na nic, byłam kompletnie pochłonięta opieką nad chłopcami, a tutaj lada moment urodzi się trzeci dzidziuś. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, jakiej płci będzie ten malec. Nastawieni byliśmy właściwie na trzeciego chłopca. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że moglibyśmy mieć córeczkę. Tymczasem po porodzie pani Dorotka powiedziała, że mamy córkę. Tak, ten mały, kompletnie fioletowy dzidziuś z czarną czuprynką na głowie, to była nasza kochana Naduńcia. Nawet teraz chce mi się płakać, kiedy myślę o tym... Naduńcia... Nasz promyk radości...
Serce matki jest pojemne... Ale i ojca też... Kedzio kocha wszystkie swoje dzieci tak, że czasem - częściej niz czasem - go podziwiam, skąd ma w sobie tyle miłości, która wyraża sie w cierpliwości, opanowaniu... Mi tego często brakuje. Dużo mogę się od niego nauczyć... Dźwięczą mi w głowie słowa Tirthamayi, że mój mąż będzie lepszym ojcem, niż ja matką... Wtedy nie mogłam zrozumieć, co ona ma na myśli, teraz to już jest dla mnie jasne...

wtorek, 27 stycznia 2009

Sny Damodarka

 

Dzisiaj Damo się rozchorowal. Zmogla go gorączka. Madzia przypomniala mi o jego snach, warto je tu zapisać, żeby nie umknęly znowy z pamięci. Kiedy jakies dwa, trzy lata temu mieszkalismy na Wschodniej, Damo też zachorowal, i podobnie jak teraz leżal w lóżku z gorączką, drzemal. W pewnym momencie przebudzil się i opowiedzial, że przysnili mu się Kryszna z Radharani, i Radha wolala go do siebie "Chodź do nas...". Pamiętam, że ten sen mnie trochę przestraszyl... Ale to byl piękny sen...

 

Innym razem, to było chyba na Tomaszewicza, Damusiowi przysniło się, że siedział w swiatyni w Warszawie razem z Taru, kiedy nagle usłyszał, że zbliżają się bhaktowie spiewając Hare Kryszna. W pewnym momencie drzwi się otworzyły i do pokoju swiątynnego wszedł Pan Caitanya razem z bhaktami. Zaraz potem podszedł do chłopców (Taru i Damka) i dał im po czapacie. :-) Jakąs rolę miał też w tym Kedzio, ale teraz niestety nie pamiętam, jaką.
W liscie wspomniałam Guru Maharajowi o tym snie, a on odpisał, że to ciekawe, bo w Bengalu, skąd pochodził Pan Caitanya, raczej nie jada się czapatów, tylko ryż ;-) . Pytalismy też Damka, jak wyglądał Pan Caitanya w jego snie. Opisał go jako sannyasina, ogolonego, z sikhą, w szafranowych szatach.

Ciekawe, czy ja będę miała kiedys podobny sen...
Posted by Picasa

poniedziałek, 26 stycznia 2009

„Przyjmiecie księdza po kolędzie?" :-)

 

Posted by Picasa


Tymi słowami z uśmiechem na ustach przywitał nas Trisama Prabhu, który zawitał do Łodzi 25-go stycznia. W sumie program był pod Łodzią, ale zjechali na niego prawie wszyscy łódzcy bhaktowie. Nie było nas aż tak wielu, gdyż sporo osób się pochorowało. Odwiedzili nas za to także bhaktowie z Chełmży – Arjuna ze swym zarażającym poczuciem humoru i Asia, która okazała się niezastąpiona w kuchni. Zaczęło się od spokojnego, melodyjnego bhajanu Piotra. Po nim przy harmonium usiedli Kryszna Mohan Prabhu i Trisama Prabhu. Już dawno nie widziałam moich dzieci śpiewających z takim zapałem. Po bhajanie tradycyjnie był czas na wykład, który przerodził się w ciekawą dyskusję. Bardzo żałuję, że nie nagraliśmy tego wykładu. Z tego, co bhaktowie mi później mówili, wykład był o zazdrości oraz o roli męża w związku małżeńskim. Marcin, który rzadko bywa na programach, był zachwycony i mówił, że to był wykład idealny dla niego :). Ale po minach widać było, że skorzystali wszyscy. Po wykładzie był czas na prasadam. Oj, sporo tego było – sabji z kapustą, serkiem, i frytkami, ryż, czipsy Vaisnavy, czatnej Mahakayowy, berfi Asi, słodkie kule, ciasto jabłkowo-orzechowe z bitą śmietaną i gulaby. Arjuna, który jest prawdziwym smakoszem, wyraził na koniec swe słowa uznania dla tych wszystkich preparacji ;) . Przy prasadam był też czas na rozmowy o ożywieniu łódzkiego nama-hatta. Trisama Prabhu ki – jay! Sadhu-sanga ki – jay!

Powyższy tekst napisałam na harinam. Tutaj mogę jeszcze dopisać, że ten program, jeśli o mnie chodzi, w ogóle mnie nie zmęczył. Tak jak po innych ostatnich programach zazwyczaj padałam wieczorem, tak teraz nie czułam cienia zmęczenia. Było bardzo miło. Przyjmowanie wielbicieli w domu, służenie im, to wielka łaska i szczęście.

 
Posted by Picasa


 

Posted by Picasa


 
Posted by Picasa


 

Posted by Picasa


 
Posted by Picasa

czwartek, 22 stycznia 2009

Księga skarbów pełna :)

Od wczoraj zaczęliśmy czytać z chłopcami Bhagavatam. Tym razem od początku. Wcześniej czytaliśmy wyrywkowo, raz z jednego canto, innym razem z innego. Teraz chcemy czytać wszystko po kolei, łacznie ze wstępem itd. Troszeczkę się martwiłam, czy nie będzie to zbyt nudne i niezrozumiałe dla chłopców. Jednak Kryszna od razu rozwiał moje wątpliwości. Razem z nimi odkrywam piękno Bhagavatam! Zaczynam na nie patrzeć, jak na skarbnicę wiedzy na wszystkie potrzebne nam tematy. Dziś Bhagavatam zaprowadziło nas do lekcji... geografii. :) Rozmawialiśmy o granicach państw, o tym, jak się dzielą, o Unii Europejskiej, kontynentach, paszportach i legitymacjach szkolnych - a wszystko to z inspiracji kilkoma zdaniami z pierwszego canto... Damodar był taki zaispirowany, Naro też ciągle pytał o coś. Podsumowanie - Śrimad Bhagavatam jest źródłem wszelakiej wiedzy. Śrila Prabhupada dał nam niesamowity skarb! Dopiero teraz, razem z moimi dziećmi zaczynam to rozumieć. Zastanawiałam sie wcześniej nad metodą nauczania Aruddhy Mataji. Nie mogłam za bardzo przyjąc do wiadomości tego, że cała nauka (przynajmniej na tym początkowym etapie) może opierać się na czytaniu Śrimad Bhagavatam... Teraz zaczynam to pojmować. Nie wiem, czy to dobre porównanie, ale kojarzy mi się to ze środkiem pajęczyny, od którego odchodzą nici w różnych kierunkach (nie jestem fanką pająków - brrr..., ale akurat to mi przychodzi teraz na myśl :) ). Inny przykład, jaki mi się nasuwa teraz, żeby zobrazować wielokierunkowość rozchodzenia się poszczególnych nici wiedzy, to grzybnia (znowu niekoniecznie cudowny przykład :) ).
Dziękuję Ci Kryszno za to doświadczenie, za to, że pozwalasz mi docenić pracę Śrila Prabhupada i te piękne Księgi. Ciekawe, do jakich przemyśleń mnie jeszcze zaprowadzą...

wtorek, 20 stycznia 2009

Mój Keduś

Nie mogę powstrzymać się przed wklejeniem tego linka tutaj:
http://miasta.gazeta.pl/lodz/1,35136,6177999,Fach_w_reku_daje_dobra_pensje.html?skad=rss
Kryszna dał mi kochanego męża... I nie chodzi o ten artykuł, czy o pracę, ale o całokształt :)

 

Posted by Picasa


 

Posted by Picasa


 

Posted by Picasa


 

Posted by Picasa